Rozdział IX
Król Tibianus III obdził się w nocy gorący i spocony. Po połowie minuty weszła jego uzdrowicielka.
- Czy coś się stało o panie? Czy mam wezwać wykwalifikowanych druidów?
- Nie trzeba... Przyślij mi tu natychmiast dowódce królewskich paladynów.
- Dobrze panie.
Po dziesięciu minutach przyszedł dowódca.
- Wzywałeś mnie panie?
- Tak... Czuję że nadchodzi koniec... Wyślij swojego najlepszego paladyna do miasta Carlin. Prosze oto list który muszą dostarczyć królowej Eleonorze. Proszę pospiesz się. Czuję że zbliża się wojna z której tylko najlepsza rasa przeżyje.
- Rozkaz!
Dowódca wyszedł z komnaty. Król Tibianus III przez chwilę patrzył się na ściane poczym wziął kawałek mięsa, ugryzł go i poszedł spać.
Otworzyłem oczy i rozejrzałem się. Burza śnierzna kończyła się a elf i krasnolud przygotowywali śniadanie z ostatnich resztek prowiantu.
Tej nocy przyjnił mi się dom. Tęskniłem za starą matką i jeszcze starszym dziadkiem. W śnie zapolowałem na jelenie, przyniosłem prowiant do domu gdzie przy starych świecach zjedliśmy kolację.
W oku zakręciła mi się łza. Razem z elfem i krasnoludem zjedliśmy śniadanie.
- Idę zapolować. Trzeba wreszcie zdobyć coś do jedzenia - powiedziałem wesoło próbując ukryż tęsknote za domem.
- Pójdziemy z tobą i... - zaczął krasnolud ale elf przerwał mu spojrzał się złowrogo na niego jakby wiedział co czuję.
Wyszedłem z jakskini. Na dworze było bardzo zimno. Zaczołem oddalać się od jakini. Nagle gdzieś około dwustu metrów odemnie pojawił się niedźwiedź polarny. Wciągnąłem łuk i wystrzeliłem trzy strzały. Z ogromnął prędkością poleciały w stronę niedźwiedzia ale wrzystkie przez niego przeleciały. Pomyślałem że mi się coś przewidziało lecz gdy odbiegłem niebyło niedźwiedzia tylko same jego kości. Były już przegniłe. Nagle niewiadomo z kąd rozpoczeła się burza śnieżna. Z jednej strony pojawiły się wielkie niebieskie oczy zaś z drugiej czerwone oczy. Niestety przez burzę śnieżną niewiedziałem kto to. Byłem odwrócony do niebieskich oczu. Z tyłu usłyszałem głos.
- Może jednego z nas pokonałeś ale niepokonasz NAS! - powiedziały czerwone oczy.
Nagle naokoło mnie pojawiło się wiele czerowny oczu. Strach przegnałem z mojego umysłu i wyciągnąłem miecz. Rzuciłem się na nich. Przewaliłem jednego. To był nekromanta. Już miałem zadać cios ostateczny gdy nagle ciało zamieniło się w kupę kości. To samo stao się z resztą nekromantów. Na polu bitwy zostały tylko wilkie niebieskie oczy. Skoczyłem nanie i podczas bardzo krótkiego lotu zbaczyłem. To był Yeti lecz nim doleciałemzamienił się z śnieg i wiatr zwiał go na wiele mil stąd.
- Co się tu dzieje...? - powiedziałem. Nagle zrobiło mi się słabo i runąłem na śnieg. Zemdlałem.
Obudziałem się w domu.
- Witaj synu - powiedziała moja matka.
Osłupiałem.
- Co ja tu robię? - pomyślałem. Obejrzałem się. Za mną siedział dziadek palący fajkę. Zakręcio mi się w głowię. Siedziałem na łóżku. Wstałem i wyjrzałem przez okno. Na dworze było wczesne lato. Dzieci z miasta bawiły się na trawie a starszy ludzie spacerowali po lesie. Wyszedłem z domu i skierowałem się do miasta. W mieście ludzie witali mnie i kłaniali się nisko. Byłem podekscytowany ponieważ ludzie racej w mieście nielubili mnie. Poszedłem do świątyni. Jak zwykle siedział w niej Cipfried.
- Witaj - powiedziałem - mnich odkręcił się do mnie. Jego twarz była demona. Upadłem przestraszony. Demon nachylił się nademnie.
Nagle obudziałem się... No właśnie gdzie?
C.D.N.
Jeśli komukolwiek spodobała się moja opowieśc no to...
