[klimat] Sesja PBF
Biała błyskawica rozdarła niebo na poły. Podczas krótkiej chwili jasności paladyn rozejrzał się po twarzach towarzyszy. Ulfgar wyglądał już na zmęczonego, ale nie sprawiał wrażenia przestraszonego. Tropiciele, czujni jak zawsze, poszli podstawić fałszywe tropy goniącym drużynę agentom calimshańskiej gildii złodziei. Yoh natomiast siedział i grzebał mieczem w mokrej ziemii. Deszcz zacinał już którąś godzinę. Zagłuszał szum morza, słyszalnego za dnia.
- Ładnieśmy się wpakowali... - odezwał się Yoh.
- Twoja kolej warty? Nie? To siedź cicho i daj innym spać! - odkrzyknął mu krasnolud, wychylając się z namiotu.
- Bądźcie cicho. Jest już po północy, niedługo będzie świtać. Prześpijmy się trochę, póki jeszcze możemy. - powiedział Artanaro, paladyn Pelora.
Tymczasem tropiciele, zadowoleni z wykonanej pracy wrócili do prowizorycznego obozowiska. Voon wziął wełniany koc i nakrył się szczelnie. Shelefi, pełnokrwisty elf, potrafił stworzyć posłanie z gałęzi i liści. Usadowił się w nim wygodnie i zagaił rozmowę:
- Nie znajdą nas tak szybko. Te fałszywe tropy wprowadzą ich głęboko w las. - spokojnie oznajmił elf.
- Mówiłem - cicho! Dajcie mi spać! - krzyczał krasnolud
- Patrzcie starego poczciwca. Trochę pomachał toporem i już wielce zmęcznoy. - powiedział rozbawiony człowiek.
- Voon, mój drogi leśny ludku. - zaczał powoli irytować się krasnolud. - Zabiłem trzy niedźwiedzie, których mięso sam wysuszyłeś. Myślisz, że taki niedźwiedź to nic, hę? No, i nici ze spania. Dziękuję wam bardzo. - krasnolud obruszył się. - A gdzie my w ogóle jesteśmy, co? - zapytał po chwili.
- Hmm, dobre pytanie... - zaczął elf - Uciekamy z Calimportu, przeszliśmy całą pustynię, ominęliśmy Memnom i Myrtamę, następnie z Zamku Tethyr udaliśmy się na północ, przeszliśmy góry i nie dotarliśmy jescze do Mosstone. Na zachód mamy morze, na wschodzie puszczę Wealdath... - elf umilkł - Słyszeliście ten szelest? - wyszeptał
Na chwilę wszystkie oddechy zamarły. Deszcz dalej zacinał, tylko po to, aby płynąć potem strugami z włosów, skóry i ubrań drużyny.
- Eee tam, wydawało ci się - krasnolud zbagatelizował ostrzeżenie - A gdzie musimy dotrzeć, ile to będzie trwało i kiedy dostanę moje złoto! - ostatnią część zdania niemalże wykrzyczał.
- Musimy dotrzeć do Wrót Baldura z naszym łupem. - powiedział paladyn, sprawdzając odruchowo paczkę przypasaną do plecaka - Orientujesz się, jak to możliwe, elfie?
- Dalej na północ, aż do portu Murann, tam znajdziemy jakiś statek. To będzie chyba najszybsza droga. Chociaż... - grzmot przerwał elfowi w pół zdania - Słyszeliście?
- Jesteś już zmęczony i przewrażliwiony. Idź już spać, szczegóły dogadamy rano. - powiedział znużony Yoh
"Magowie nie powiedzieli co to jest. To musi być coś ważnego skoro tak bardzo pragną tego magowie, a gildia chce to odzyskać za wszelką cenę. Czas pokaże." - pomyślał paladyn i ziewnął.
Rankiem, gdy wszyscy już wstali i posilili się nadszedł czas na wymarsz. Szli spokojnie traktem, mając po prawej stronie granicę ogromnej puszczy, a po lewej bezkresne morze. Krasnolud pierwszy poczuł rytmiczne tętnienie w ziemii. Obejrzał się za siebie, ale nic szczególnego nie zauważył. Wiedział jednak, że nie można zlekceważyć krasnoludzkiego przeczucia. Za jego namową drużyna ukryła się na granicy puszczy, a tropiciele obserwowali drogę z drzew. Oni pierwsi ujrzeli powód całego zamieszania. Cztery białe, rosłe konie biegły galopem, ciągnąc za sobą małą karetę. Po chwili, z tumanów kurzu wyłoniły się sylwetki dwóch jeźdźców w lekkich, czarnych skórzniach. Jak na dłoni było widać, że jeźdźcy dogonią karetę bez trudu. Jeden z nich odpiął miecz i uniósł go w góre, drugi natomiast puścił uzdę i sięgnął po łuk przepięty przez ramię. Mają w planach zaatakować karocę. Elf zdążył jeszcze uchwycić widok płaczącego niemowlęcia przez oszklone drzwi pojazdu.
Co robicie?
__________________
Wheter my smiling face was a lie or not I soon came to the point where I didn't know.
We can’t wait for the day that you’re never around
When that face isn’t here and you rot underground
|