No, to teraz zamilknijcie, bo ja opowiem najdziwniejszy dzień, w całym moim kolorowym życiu.
Jest noc, chodzę po wielkiej sali. Na jej końcu jest zegar, tak jakby wtopiony w ściane. Patrze na niego, a on nie ma wskazówek. Wtedy zegar obraca się i nagla z filarów podpierających strop spływa różowa maź. Biorę ją na palec, i liże. Świadomość zapisała ją, jako smaczną. W końcu wypełniała całe pomieszczenie ale ja nie uciekałem. W końcu cała sala była w mazi. Pływałem, i w tym momencie pojawiam się w skafandrze "biohazard". Badam jakiś dom, z drzwiami w kształcie choinki. Gdy wchodze do środka nagle schody na przeciwko wejścia wydłużają mnie, tak jakby łapią, i wciągają do piwnicy, wtedy była ciemność, jakieś słowa, nagle zapala się światło a ja jestem w szkolnej szatni. Rozmawiam z kolegami o dziewczynach. Wtedy moja "ta jedyna" przychodzi, całuje się z nią, itd. xd Koledzy zaczynają się śmiać i nagle do szatni wpada dyrektor mówiąc że złamałem prawo jakiegoś stanu i mam natychmiast być w kościele. Biegne do kościoła, w miejscu, gdzie jest pizzeria stoi dom pogrzebowy, a droga do kościoła jest nienaturalnie długa. W trakcie biegu rzuca mi się na plecy klaun i zaczyna lizać mnie po uszach. Budze się.
Wiem, porąbane xd
|