Wy tu sobie o miłościach i przyjaźniach, a ja już dawno doszłam do jednego: obie te rzeczy się nie wykluczają, a wręcz nie powinny wykluczać.
Ale od początku.
W taką przyjaźń wierzę. Może to dlatego, że wychowałam się między chłopcami i do tej pory wolę towarzystwo płci przeciwnej. Z dziewczynami nie mogę się dogadać. Zazwyczaj są zbyt 'delikatne' lub zapatrzone w coś (idola, chlopaka, nauke bla, bla, bla...). Do tego ni jak da radę pogadać z nimi o sporcie, motoryzacji, a po opowiedzeniu dowcipu z pieprzykiem trzeba a. czekać na przeanalizowanie wszystkiego od początku lub b. słuchać 'o fee, jakie to obrzydliwe'.
Wracając do tematu. Jak już zauważono, przyjaźń prowadzi często do miłości. I dobrze. Dla mnie przyjaźń to też miłość. W końcu Przyjaciel, to osoba której ufamy, na której polegamy i z którą chcemy spędzać jak najwięcej czasu. Definicja miłości praktycznie się nie różni. Miłością nie jest wzdychanie 'ależ ona/on piękna/y' i/lub/albo/inny_spójnik ścisk-pysk, lizu-lizu lub inne macu-macu, tylko właśnie przyjaźń na jeszcze wyższym stopniu wtajemniczenia.
Tak więc z czystym sercem mogę powiedzieć, że kocham wszystkich moich przyjaciół niezależnie od płci. Na przykład takiego włochatego Kaldricka tez cholernie kocham i się tego nie wstydzę

(a za to pewnie dostane za kulisami toporem

)
No to jeszcze raz na podsumowanie: tak, wierzę.